Podążając śladami pantofelków Carrie
Bradshaw, miłosnych podbojów Samanthy Jones,
wygranych procesów Mirandy Hobbes i sprzedanych dzieł sztuki
Charlotte York, w jakimś momencie znajdziemy się w wegańskiej restauracji „Pure Food
and Wine” przy Irvin PL na Manhattanie, blisko Union Sq. Warzywa
przygotowywane bez gotowania, w specjalnych piecykach w temperaturze 74 C, to
niezwykły widok jak na restauracyjną kuchnię. Nie zobaczymy tam
trzonu kuchennego, frytkownicy, grilla, garnków. Pełno za to
piecyków wielkości mikrofalówki, pudełeczek, skrzyneczek. Przedziwny to widok dla kucharza przyzwyczajonego do klasycznej
kuchni. Restauracja została założona w 2004 roku przez pasjonatkę jedzenia
i gotowania Sarme Meingailis. Miałem okazję spotkać
współwłaścicielkę, a zarazem szefa kuchni. Zostałem nawet
obdarowany książką jej autorstwa RAW FOOD REAL WORLD. Jej szczególny pomysł na gotowanie nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek religią, czy nurtem filozoficznym. Głównym
celem "matki założycielki" było stworzenie energetycznego, ciekawego
miejsca z pysznym wegańskim i wegetariańskim jedzeniem, w
akompaniamencie win z ekologicznych upraw z całych Stanów Zjednoczonych. Świeże produkty są kupowane na
ekologicznych farmach w całych Stanach włącznie z Alaską. Goście odwiedzający to miejsce, to nie tylko świrusy,
co jedzą marchew. Ja jej za dużo nie jem. Duża część gości to
mięsożercy, szukający ciekawych smaków i pragnący odświeżyć
swoją kartę dań. Myślę, że raz w tygodniu dieta oparta na
warzywach nikomu jeszcze nie zaszkodziła. Myślę, że każdy szef
kuchni powinien od czasu do czasu taką restauracje odwiedzić w
poszukiwaniu inspiracji, pomysłów na dania z wykorzystaniem warzyw, orzechów,
nasion, przypraw, masła kokosowego, kokosów, suszonych owoców,
miso, drożdży, oliwy i oleju, soli, agavy, daktyli, syropu
klonowego, wanilii, miodu ect. Jeśli poprosicie obsługę, bez problemu
pokażą wam kuchnię i opowiedzą o tym, co ich inspiruje i kręci
w gotowaniu. Restauracja jest modna i naprawdę inspiruje. Wizyty naszych
bohaterek tylko dodają jej splendoru i chwały. Nie jest tam tanio. Śmiem powiedzieć, że nawet baaaaardzo drogo. Przyzwyczajonym do kiszonej kapusty i ogórków, trudno
nam zrozumieć, jak można sprzedać carpaccio z czerwonego buraka za
28$. Za testing menu dla 8
osób bez wina zapłaciliśmy 1000$. W karcie menu znajdziemy dużo znajomych
pozycji z rodzimych produktów, ale w nowej aranżacji: "Pikantny makaron z kokosem, orzechami, imbirem i limonką" (gdzie makaronem jest biała rzepa); "Złota pasta z dyni z czarnymi truflami"; "Ravioli z grzybów"... Nazwy imponujące, smak bardzo często zaskakujący. Jedne dania
smakowały mi bardzo, inne mniej, ale naprawdę nie żałuję, że
odwiedziłem to miejsce. Jestem zdania, że zbyt mało uwagi poświęca się w polskiej
kuchni warzywom. Nie ma u nas mody, choć to się ostatnio trochę zmienia, na jedzenie
dobrze zrobionych warzyw. Wszystko musi być rozgotowane i miękkie.
„Aldente” poza nazwą niewiele nam mówi. Ale na szczęście mam wrażenie, że i pod tym względem idzie ku dobremu.
Zwiedzając NYC warto wygospodarować czas na odwiedzenie tego miejsca
na kulinarnej mapie Wielkiego Jabłka. Może w piątek... W polskiej
tradycji dzień postny, więc jest uzasadnienie, a przy okazji może
coś ciekawego odkryjecie. I kto wie, może będziecie mieli okazję
spotkać Samanthę, której wpadniecie w oko i zapragnie zatrudnić
prywatnego szefa kuchni... jak zawsze... tylko na jedna kolację ze
śniadaniem...
Nasze produkty z dostawą do domu!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NYC. Pokaż wszystkie posty
piątek, 13 kwietnia 2012
wtorek, 10 kwietnia 2012
Food and the City
Lubię „Sex and the City” nie tylko
dlatego, że ma barwną, zabawną fabułę i dialogi, ale przede wszystkim
dlatego, że opisuje i pokazuje Nowy Jork oczami nowojorczyka.
Zaprasza do zaczarowanych miejsc, pokazuje styl życia, wnętrza,
opisuje życie ludzi. Dla mnie jednak szczególnym „smaczkiem”
jest to, że pokazuje też wiele szczegółów z kulinarnego życia tego
wielkiego miasta. Czy zwróciliście uwagę na to, że prawdziwy
nowojorczyk nie gotuje w domu? Na urządzenie pięknej kuchni wydał
jakieś 250 tys$, ale nie służy ona do gotowania, tylko do
lansowania. Nawet kawę rano (jeszcze w piżamie i szlafroku)
przynosi się z pobliskiego sklepu. Poranny widok ludzi w szlafrokach
na ulicy to w NYC normalka. Można się przyzwyczaić. W Nowym Jorku
jada się „na mieście” przez cały dzień... i noc. Śniadanie,
obiad, lunch, kolacja, nawet nocne ssanie po przepiciu i udanym
clubbingu kończy się w restauracji, delli lub budzie z hot-dogami. Zazdroszczę nowojorczykom tego zwyczaju chodzenia po restauracjach.
Spróbuję zabrać Was na kulinarną wycieczkę śladami bohaterek „Sex
in the City”.
Na początek udajmy się na 848 Washington street i
13 street do restauracji THE STANDARD GRILL. Meatpacking district
NYC - tak nazywa się lokalizacja, w której położona jest nasza
restauracja. Dolny Manhattan od kilku lat zmienia się w
kulinarno-artystyczną Mekkę. Nazwa dystryktu pochodzi od
zlokalizowanych tam rzeźni i zakładów mięsnych. Wraz z rozwojem
miasta zakłady i fabryki, jeszcze do niedawna produkujące kiełbasy
i szynki dla nowojorczyków, zaczęły przekształcać się w
galerie, restauracje, sklepy, kwiaciarnie, teatry. Wyjątkowy jest
także w tej okolicy park High Line, który powstał na bazie starego
torowiska. Podwieszana kolejka, którą dostarczano mięso i
zabierano gotowe produkty od producentów, ciągnie się na wysokich
wspornikach przez ponad 20 ulic. Tylko dzięki ciekawej wizji i
uporowi architektów, nie zburzono tego wszystkiego, ale zamieniono w
oryginalny miejski park. Tory zostały wzbogacone architekturą
miejską, na torowisku zasadzono kwiaty, na kołach od drezyn
usadowiono leżanki. Ma się wrażenie, jakbyśmy zaraz mieli wybrać
się na leżącą wycieczkę przez cały Manhattan.
Nad parkiem wznosi się hotel cały ze szkła. Wieczorami można zobaczyć miłe poczynania i harce hotelowych gości. Oczywiście przy zapalonym świetle. Każde hotelowe okno, to inny spektakl. Nic dziwnego, że przez pewien czas park wieczorami był prawie tak oblegany, jak Metropolitan Opera. Ale powróćmy do restauracji...
Są co najmniej 3 powody, dla których trzeba tam iść poza, oczywiście, dobrym jedzeniem i wyśmienitą obsługą. Przepiękne dziewczyny i przystojni kelnerzy witają gości promiennymi uśmiechami - jaki rzadki to widok w naszych restauracjach... Po pierwsze można spotkać tam Madonnę i dziewczyny z kultowego filmu, które bardzo lubią jeść tam śniadania. Po drugie - w niedalekiej odległości od restauracji jest telewizyjna stacja FOOD NETWORK - największa kulinarna stacja na świecie. Wielcy szefowie Nowego Yorku i celebryci w prawdziwym tego słowa znaczeniu, często odwiedzają to miejsce, co potwierdza tylko moją opinię o jedzeniu i serwisie. No i po trzecie - menagerem w tej restauracji jest chłopak z Polski. Andrzeja znam od kilku lat - to zarządczy kunszt, elegancja, dyskrecja i traktowanie gości po królewsku. Podczas ostatniej rodzinnej wizyty poszliśmy na wielkanocny obiad. Rezerwacja z tygodniowym wyprzedzeniem. Zostaliśmy przywitani najlepszym szampanem i truskawkami. Weronika dostała ogromną bezę. Karta menu jest codzienne inna. Otwarta kuchnia pozwala na dialog z szefem i kucharzami. Bar z owocami morza, rybami, serami, włoskimi i hiszpańskimi kiełbasami, zaprasza aby przegryźć coś, czekając na stolik. Świeże produkty, własna piekarnia, Szef kuchni osobiście jeździ na Bronx, na bazar rybny, nadzoruje dostawy do restauracji. Wszystko jest tak, jak powinno być. Zamówiłem schabowego - kawał schabu z kością z pieczoną cebulą i powidłami z mango. Wyśmienite mięso, usmażone, ale lekko różowe w środku. W polskich standardach kulinarnych byłoby to nie do przyjęcia, a szkoda. Na specjalne życzenie ugotowali mi kartofli. Nic nie poradzę - kocham kartofle. :-) Poznałem szefa, ucięliśmy sobie pogawędkę o kulinariach. Tam właśnie pojadę zimą, trochę pozmywam talerze i podpatrzę, co teraz ciekawego robi szef i czym się inspiruje. Zwróćcie też uwagę na podłogę - cała jest wyłożona miedzianymi jednocentówkami, nawet w toalecie . Mały szczegół, ale bardzo charakterystyczny. Na podłodze stoją ogromne skrzynie z jabłkami, które z jednej strony spełniają rolę dekoracji, a z drugiej … goście są zapraszani do częstowania się. Zimą przy restauracji jest lodowisko, co jeszcze bardziej czyni to miejsce wyjątkowym. Gorąca czekolada, grzane wino, gofry z bitą śmietaną - dla każdego coś miłego. Dzieci szaleją, rodzice zadowoleni. Mam wrażenie, że po takiej wyprawie będziecie inaczej patrzeć na nasze bohaterki i miejsca do których nas zabierają. Nowy York pachnie. Nie da się wszystkich jego aromatów poznać w tydzień, ale warto chociaż spróbować. Na pewno nie będziecie żałować.
Nad parkiem wznosi się hotel cały ze szkła. Wieczorami można zobaczyć miłe poczynania i harce hotelowych gości. Oczywiście przy zapalonym świetle. Każde hotelowe okno, to inny spektakl. Nic dziwnego, że przez pewien czas park wieczorami był prawie tak oblegany, jak Metropolitan Opera. Ale powróćmy do restauracji...
Są co najmniej 3 powody, dla których trzeba tam iść poza, oczywiście, dobrym jedzeniem i wyśmienitą obsługą. Przepiękne dziewczyny i przystojni kelnerzy witają gości promiennymi uśmiechami - jaki rzadki to widok w naszych restauracjach... Po pierwsze można spotkać tam Madonnę i dziewczyny z kultowego filmu, które bardzo lubią jeść tam śniadania. Po drugie - w niedalekiej odległości od restauracji jest telewizyjna stacja FOOD NETWORK - największa kulinarna stacja na świecie. Wielcy szefowie Nowego Yorku i celebryci w prawdziwym tego słowa znaczeniu, często odwiedzają to miejsce, co potwierdza tylko moją opinię o jedzeniu i serwisie. No i po trzecie - menagerem w tej restauracji jest chłopak z Polski. Andrzeja znam od kilku lat - to zarządczy kunszt, elegancja, dyskrecja i traktowanie gości po królewsku. Podczas ostatniej rodzinnej wizyty poszliśmy na wielkanocny obiad. Rezerwacja z tygodniowym wyprzedzeniem. Zostaliśmy przywitani najlepszym szampanem i truskawkami. Weronika dostała ogromną bezę. Karta menu jest codzienne inna. Otwarta kuchnia pozwala na dialog z szefem i kucharzami. Bar z owocami morza, rybami, serami, włoskimi i hiszpańskimi kiełbasami, zaprasza aby przegryźć coś, czekając na stolik. Świeże produkty, własna piekarnia, Szef kuchni osobiście jeździ na Bronx, na bazar rybny, nadzoruje dostawy do restauracji. Wszystko jest tak, jak powinno być. Zamówiłem schabowego - kawał schabu z kością z pieczoną cebulą i powidłami z mango. Wyśmienite mięso, usmażone, ale lekko różowe w środku. W polskich standardach kulinarnych byłoby to nie do przyjęcia, a szkoda. Na specjalne życzenie ugotowali mi kartofli. Nic nie poradzę - kocham kartofle. :-) Poznałem szefa, ucięliśmy sobie pogawędkę o kulinariach. Tam właśnie pojadę zimą, trochę pozmywam talerze i podpatrzę, co teraz ciekawego robi szef i czym się inspiruje. Zwróćcie też uwagę na podłogę - cała jest wyłożona miedzianymi jednocentówkami, nawet w toalecie . Mały szczegół, ale bardzo charakterystyczny. Na podłodze stoją ogromne skrzynie z jabłkami, które z jednej strony spełniają rolę dekoracji, a z drugiej … goście są zapraszani do częstowania się. Zimą przy restauracji jest lodowisko, co jeszcze bardziej czyni to miejsce wyjątkowym. Gorąca czekolada, grzane wino, gofry z bitą śmietaną - dla każdego coś miłego. Dzieci szaleją, rodzice zadowoleni. Mam wrażenie, że po takiej wyprawie będziecie inaczej patrzeć na nasze bohaterki i miejsca do których nas zabierają. Nowy York pachnie. Nie da się wszystkich jego aromatów poznać w tydzień, ale warto chociaż spróbować. Na pewno nie będziecie żałować.
poniedziałek, 2 kwietnia 2012
Sakrum na talerzu i profanum w kieliszku. Pyszne i wprowadzające w dobry nastrój miejsca w NYC cd...
W całym tym zabieganiu i natłoku
obowiązków restauracyjno-zarządczo-przygotowawczych do Świąt
Wielkiej Nocy na Zamku w Malborku, zapomniałem o moim Nowym Yorku.
Ale w sieci nic nie ginie. Czytelnicy i wielbiciele tego ciekawego
miasta upomnieli się o swoje. Zatem kontynuujmy naszą wycieczkę.
Tym razem zajrzyjmy
na chwilę do Museum of Arts and Design przy Columbus Circle. Mam
w NY kolegę, który był moim przewodnikiem. Emil jako dziecko
wyjechał rodzicami do USA. Mieszkaliśmy blisko siebie w Bayonne NJ,
pracowaliśmy razem roznosząc kotlety na przeróżnych imprezach dla
nowojorskiej śmietanki towarzyskiej, a czasem nawet udało mi się
coś ugotować pod czujnym okiem szefa kuchni. Emil ukończył bardzo
prestiżowe studia na nowojorskim uniwersytecie, na wydziale Art and
Design, wiec wspomniane muzeum jest dla niego jak dom i miejsce
wymiany poglądów i doświadczeń. Sam nawet raz wybrałem się z
nim na prelekcję znanego nowojorskiego architekta. Wyglądało to
jak Agora w Atenach. Mistrz otoczony uczniami uczy, chwali,
napomina. Niezapomniane wrażenie. W tym samym czasie trwała wystawa
broszek pani Sekretarz Stanu Madeleine
Albright, która jest znana z zamiłowania do tego rodzaju
biżuterii. A kiedy coś się kocha, to człowiek nawet nie zdaje
sobie sprawy, że zaczyna to już kolekcjonować (ja mam tak z
książkami kucharskimi) Pani Sekretarz zebrała ponad dwie setki
broszek. Ktoś by powiedział wielkie mi mecyje broszki... Może i
tak, ale ktoś wpadł na pomysł takiej wystawy, zorganizował i,
co najważniejsze, stało się to wydarzeniem weekendu w NYC. Więcej
o wystawie i broszkach można usłyszeć np. tutaj: "Read my pins"
Przy okazji wystawy broszek na kilku
piętrach była też wystawa papieru i tego, co można z papieru zrobić.
Były wycinanki kurpiowskie, lub coś, co je przypominało, ale były
też kobierce zrobione z papieru, trójwymiarowe przestrzenne
instalacje... Jedne ładne, inne bardzo ładne, a jeszcze inne dla
mnie nie do ogarnięcia artystycznie i nie bardzo wiem, co podmiot
liryczny miał na myśli. Nie jestem artystą i nie wydziwiałem -
zostałem zaproszony, wiec pokornie uczestniczyłem w zorganizowanej
przez Emila wycieczce, ale uczta dla mojej duszy i moja opowieść
zaczyna się właściwie na 9 piętrze Muzeum, gdzie znajduje się
restauracja „Robert”. Bardzo ładna nazwa. Mój młodszy brat ma
na imię Robert. Bardzo energetyczne miejsce: piękny nowoczesny
wystrój, pianista grający na fortepianie (Armstrong, Sinatra),
kontrabas w tle no i widok na Central Park. Koniecznie zamawiajcie
stolik przy oknie! Widok na Columbus Circle w dzień i w nocy jest
tak samo ujmujący i zapierający dech w piersiach. Przemiła i
piękna obsługa, Szef kuchni przechadzający się miedzy stolikami i
gwarzący ze swoimi gośćmi tworzą niezapomniany klimat. Jedzenie
wyśmienite! Drogie i bardzo drogie - trzeba liczyć z winem ok. 150$
za osobę, jeżeli chcecie „testing menu”, ale warto. Po to tam
pojechałem. Nie robię zakupów w LV, czy u BOSSA, ale wydaję na
książki kucharskie, chodzenie po restauracjach i odkrywanie nowych
smaków. Uciąłem sobie pogawędkę z szefem na temat szarlotki.
Amerykańskie szarlotki nie mają wiele wspólnego z takimi, jakie
znamy w Polsce. Pozwoliłem więc sobie na małe sugestie, jak to
wygląda w Polsce, która „szarlotką stoi”. Pozostałe potrawy
były doskonałe: jagnięcina z sosem miętowym, krem z homara, wino,
sorbety, sałata i sery. Naprawdę polecam. Po takiej kolacji z grupą
znajomych wybraliśmy się do miejsca, o którego istnieniu nie wie
nawet większość Nowojorczyków, że o turystach nie wspomnę.
Żaden przewodnik o tym nie pisze, ale jak ma pisać, jeśli miejsce
to od 200 lat otoczone jest aurą tajemniczości i swego rodzaju
zmową milczenia. Rezerwacje są przyjmowane tylko 3 razy w tygodniu.
Podczas rezerwacji dostajesz hasło i tylko po jego użyciu
tajemniczy Francuz wpuści Cię do środka. Miejsce to pamięta czasy
prohibicji i niewiele się tam zmieniło. Prawo Raines‘a zezwalało
na sprzedaż alkoholu w hotelach i pomieszczeniach, które były
wydzielonymi oddzielnymi pokojami. Właściciele lokalu podzielili
więc całe pomieszczenie kurtynami, uzyskując coś w rodzaju
hotelowych pokoi - „wilk syty i owca cała”. Jest to miejsce
magiczne, a drinki tam przygotowywane to prawdziwy „majstersztyk”.
Nie wypijecie tam klasycznej Margarity, bo drinków nie przygotowuje
barman, tylko specjalista od preparowania mikstur. W USA można
zrobić studia ze specjalizacją w robieniu drinków, a po ich
zakończeniu nie otrzymuje się tytułu barmana, tylko Master of
Mixology. Uczą tam łączenia ze sobą różnych ingrediencji,
zapachów, smaków, aromatów. Pan Master od drinków czaruje takie
napitki że od samych nazw już człowiekowi kręci się w głowie.
Tanio nie jest, ale sama atmosfera tego miejsca, jego historia,
życzliwi ludzie, z którymi zawsze jest o czym pogadać, sprawiają,
że to zawsze jest ta wisienka na torcie, która czyni wieczór
wyjątkowym. Nasze czarodziejskie miejsce trochę mi się kojarzy z
peronem 9¾ na King's Cross - niewidoczne dla zwykłych ludzi,
znane tylko dla wtajemniczonych. Nasz bar mieści się w piwnicy. Grube, matowe, pomalowane na czarno drzwi nie zachęcają, a nawet
śmiem powiedzieć, że trochę straszą, ale jak już znajdziecie
się na 48W i 17 street to koniecznie musicie odwiedzić Raines Law
Room. Jeśli nie macie rezerwacji, to czasem wystarczy wzmocnić
pozytywnie Pana Francuza, który otworzy Wam drzwi. Zawsze ma jakiś
stolik, albo pozwoli Wam poczekać przy barze. Gdyby jednak było
pełno gości, to zostawcie mu numer telefonu. Po przeciwnej stronie
ulicy jest świetny bar, w którym podają orzeszki ziemne, gotowane
w łupinach w osolonej wodzie i temperę ze świeżego ogórka.
Spróbujecie, napijecie się piwa, a Pan do Was oddzwoni, że stolik
już czeka. Wychodząc, nie zapomnijcie podziękować i wspomóc jego
pamięć, aby dobrze kojarzyli mu się goście z Polski i miło przyjął
następnych, którzy już niebawem wybierają się do Nowego Yorku.
![]() |
| Raines Law Room |
![]() |
| Restauracja "Robert" |
piątek, 23 marca 2012
Wiosna w NYC i Polskie Śniadanie Wielkanocne w Central Parku.
Wiosna to doskonała pora aby
odwiedzić NYC. Nie jest jeszcze
zbyt gorąco i wilgotno. Z tym, że jest gorąco można sobie łatwiej
poradzić, ale
z wilgotnością jest trochę gorzej. Pomiędzy wysokimi budynkami przy +30C
i
wilgotności 98% jesteśmy jak w saunie, ale jeśli ktoś lubi - bardzo
proszę. Można
też poruszać się między sklepami, w których jest klimatyzacja, żeby
chociaż na
chwilę się ochłodzić, ale to z kolei grozi przeziębieniem.
Za to w kwietniu NYC
jest
ciepły, lekko wietrzny, kolorowy i napawa optymizmem. Nowojorczycy
wylegają do
parków na spacery, wszystko kwitnie, pachnie, artyści czekają na swoją
szczęśliwą
chwilę umilając spacerowiczom czas swoimi występami. W restauracjach też
czuje
się wiosnę. Nowalijki, nowe pomysły, smaki i aranżacje zapraszają do
środka lub
ogródka. Gorąco polecam śniadanie wielkanocne w pierwszy dzień Świat
Wielkiej
Nocy w Central Parku. Niewiele osób wie, że jest w tym pięknym parku
jest
zagajnik, w którym znajduje się pomnik Króla Jagiełły. Trochę historii: „Pierwszy
pomysł ustawienia tego pomnika
sięga roku 1910 i miał zostać wystawiony przez Polonię amerykańską na
500-lecie
bitwy Grunwaldzkiej. Niestety plany te zostały zniweczone w wyniku
wybuchu I
wojny światowej. Podczas wojny uległ także zniszczeniu pierwszy gipsowy
model
zaprojektowany przez Ostrowskiego[1].
Pomysł został ponownie podjęty w 1937 roku z zamiarem zrealizowania go
specjalnie dla ozdoby polskiego pawilonu na Światową Wystawę w
Nowym
Jorku w 1939 roku. Na skutek wybuchu II wojny światowej pomnik nie
powrócił
do Polski i w lipcu 1945 roku został podarowany miastu Nowy
Jork
przez Komitet Pomnika Króla Jagiełły (King
Jagiello
Monument Committee) i ustawiony w Central
Parku przy współudziale m.in. ostatniego konsula II Rzeczypospolitej
w
Nowym Jorku, Kazimierza Krasickiego.”(WWW.wikipedia.org)
Śniadanie odbywa się w Poniedziałek
Wielkanocny po Mszy Św.
w Katedrze Św. Patryka. Kolorowy pochód udaje się 5Av do Central Parku,
gdzie wokół
pomnika Króla ustawia się stoły i nakrywa białymi obrusami. Każdy
przynosi, to,
co może. Już po kilku chwilach stół ugina się od wielkanocnych
przysmaków: babki,
żurek, mazurki, kiełbasy, sałatki, pieczyste mięsa, jajka, chrzan no i
polski
chleb. Kapela przygrywa lwowskie kawałki przywołując u większości
biesiadników wspomnienia
i smaki dzieciństwa. Spacerowicze - goście odwiedzający to cudowne
miejsce są zapraszani
do stołu, do wspólnego biesiadowania. Śniadaniu towarzyszy zawsze
wystawa
opisująca polskie tradycje wielkanocne. To, co zasługuje na szczególną
uwagę, to
kapelusze. Panie, dziewczęta i małe dziewczynki przychodzą w kapeluszach
ozdobionych
wiosennymi kwiatami. Jeśli idąc w okolicach Central Parku czy Katedry
Św.
Patryka w Poniedziałek Wielkanocny, zobaczycie panie w kapeluszach z
kwiatami -
podążajcie za nimi na śniadanie wielkanocne. :-)
Impreza od dawna wpisała się w
koloryt miasta i parku.
Polacy zapraszają swoich przyjaciół, żeby się pochwalić kulturą i
jedzeniem.
Jest to absolutnie niespotykany zwyczaj, ale uważam, że wspaniały i
naprawdę
godny naśladowania.
Po śniadaniu trzeba wybrać się pod Rockefeller Center. Piękna kaskada wody i ściana kwiatów czynią to miejsce wyjątkowym. Ogródki restauracyjne kuszą zapachem kawy i wyglądem ciastek i ciasteczek. Jeśli staniecie twarzą do lodowiska, to po lewej stronie jest japońska cukiernia z ryżowymi i fasolowymi ciasteczkami i torcikami. Koniecznie musicie tam wejść i pokosztować!
Na zakończenie wycieczki zatrzymajmy się na chwilę przed witrynami domu towarowego Macy’s . Kilka razy do roku Macy’s zmienia wystawy, które urzekają pomysłami i kolorem. Dwie z tych wystaw szczególnie warto zobaczyć - Boże Narodzenie i Wielkanoc. Wielkanocna wystawa bywa inspirowana żywiołami, porami roku, kontynentami ect. Tym, co ją wyróżnia wśród innych wystaw sklepowych, są oszałamiające dekoracje zrobione z wyłącznie żywych kwiatów. Urzekające, zapierające dech w piersi, inspirujące, bajecznie kolorowe i zniewalające. Warto tu wspomnieć, że głównym dekoratorem tego największego domu towarowego na świecie jest Polak. W Macy’s zrobicie zakupy i zjecie obiad. Ja polecam piętro -1 z garnkami, porcelaną i kuchnią pokazową, do której zaprasza się kulinarne gwiazdy. Tak, więc nie tylko zjecie, zrobicie zakupy, ale także można czegoś się nauczyć. Myślę, że tak spędzony Poniedziałek Wielkanocny zapadnie wam na długo w pamięci.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







