Po kulinarnym spacerze wśród miłośników regionalnego jadła i
napitków, urzeczeni powidłami z róży damasceńskiej, „Kozią rurą” i razowym
miodownikiem, przenieśliśmy się w okolice drogi mlecznej. Ciągle na Ziemi, ale
kulinarnie już w innym wymiarze. Zostaliśmy zaproszeni do autorskiej restauracji
SFERA by Sebastian Krauzowicz w hotelu Copernikus.
Restauracja jak
przystało na miejsce wielkiego szefa kuchni w mieście wielkiego astronoma ma
wystrój nieco kosmiczny. W wystroju dominują szarości interesująco zestawione z
zimnym odcieniem różu. Piękne żyrandole i szklane kule jak gwiazdy na sklepieniu
restauracji – wszystko razem daje wrażenie szerokiej przestrzeni. Przemiła
obsługa. Gratulacje Szefie! Pani, która nas obsługiwała zasługuje na laur
pracownicy miesiąca. Miła, uprzejma, pomocna, dystyngowana i dyskretna. W
dodatku potrafi mówić po rosyjsku, co jest rzadkością wśród młodego pokolenia. Obsługa
to zdecydowanie wielki atut tego miejsca.
Dostąpiliśmy (ja i moje Towarzyszki) zaszczytu zwiedzenia
kuchni. To niezbyt jeszcze częsty w Polsce zwyczaj wyrażenia dumy z tego, z kim
i jak się pracuje. Z drugiej strony goście czują, że okazuje im się szczególne względy,
kiedy szef kuchni zaprasza ich do swojego królestwa żeby przedstawić
najważniejszych artystów dnia czy wieczoru schowanych za kurtyną kuchennych
drzwi. Wielkie dzięki Szefie za taką możliwość! Wycieczka była bardzo
pouczająca i ogromnie inspirująca. Zobaczyliśmy prawdziwą pasję i determinację
w odkrywaniu i opisywaniu kulinarnego wszechświata.
Szczególne wrażenie zrobiło na nas sezonowane mięso pachnące
dymem i ziołami, którego przygotowaniem zajmuje się Sous Chef - Marcin Gruszka (przez
przyjaciół zwany „Gruchą”). To prawdziwe arcydzieło smaku, aromatu i tekstury. „Poczekadełkiem”
była chrupiąca grzanka z odrobiną wspomnianej wołowiny uzupełniona słodyczą
truskawki, a dostaliśmy je podane na polnym kamieniu… Brawo, Chef Marcin! Cudny pomysł! Od naszej wizyty w Sferze myślę
nad wypaleniem kilku cegieł, na których moglibyśmy podawać „poczekadełka”
gościom przy szczególnych okazjach.
Potem przyszła pora na krupnik z żółtkiem, przygotowanym
metodą zwaną sous-vide (co w naszym kraju jest absolutną nowością). Świetny
krupnik. Jestem wielbicielem krupniku, a ten był doskonały. Znowu urzekająca
forma serwisu - na talerzu podano tylko żółtko i bouquet garnii,
a następnie podeszła nasza przemiła pani kelnerka i nalała gorący krupnik do
talerza. Bardzo elegancko. To kolejny element, nad którego importem dla naszych
gości zastanawiam się od wizyty w Toruniu.
Daniem głównym był łosoś przygotowany w „kosmicznej skrzynce”
i podgrzybki z sosem berneńskim, musem pomarańczowo-dyniowym do przegryzienia
miedzy podgrzybkami, a łososiem. Na koniec jeszcze nuta sosu z czarnej
porzeczki. Były też płatki koziego sera i szparagi.
Na deser lody, które wyglądały jak księżycowe skały podane z
sorbetem buraczano-malinowym, a trochę na uboczu naszego galaktycznego
deserowego talerza znalazła się zielona pianka, biszkopt o wyglądzie morskiej
gąbki. Bardzo ciekawe zestawienie: chrupiące lody czekoladowe, smak malin i
nuta buraka.
Byliśmy bardzo usatysfakcjonowani. Wszystko, co jadłem współgrało
z miejscem i z filozofią Szefa. Myślę, że gdyby dr Mikołaj Kopernik odwiedził
restaurację Sfera by Sebastian Krauzowicz, byłby bardzo dumny z toruńskiego
(choć tak naprawdę zakopiańskiego) kucharza, który podbija serca nie tylko Torunian
swoimi kulinarnymi dziełami. I tak jak przed wiekami Mikołaj Kopernik dokonał przewrotu
w świecie nauki, tak Chef Sebastian za jego przykładem dokona przewrotu w toruńskich,
polskich i światowych kulinariach, czego JEMU i całemu zespołowi Sfery z całego
serca, jako Kucharz Wielkiego Mistrza na Zamku w Malborku życzę.
Tak to już jest, że
po zimie przychodzi wiosna, co dla mnie oznacza koniec leniuchowania i
warszawskiego „lansu” - trzeba zabierać się do pracy. W ramach kulinarnej
rozgrzewki zostałem zaproszony przez Pana Prof. Dumanowskiego na Festiwal Smaku
w Toruniu. Bardzo się cieszę, że zdecydowałem się tam pojechać, bo takich
powideł z róży damasceńskiej nie jadłem jeszcze nigdy w życiu.
Festiwal Smaku podzielony był na 2 części. Pierwsza część – wystawiennicza
– przeznaczona była dla producentów lokalnej żywności. Było tam to wszystko,
czym Polska stoi, a co próbuje się nam zabrać poprzez wprowadzenie niedorzecznych
przepisów, nie zawsze zrozumiałych nawet przez samych twórców tych gniotów.
Żywność tam wystawiana to Crème de la Crème polskiej
żywności, a że miałem okazję być w jury wraz z Panem prof. Dumanowskim, Prezydentem
Miasta Torunia i kilkoma jeszcze innymi osobami, to mogłem także skosztować
wszystkich tych specjałów. Były soki owocowe z Wiatrowego Sadu, którego matką
założycielka jest Pani Grażyna Wiatr. Jestem pod ich wielkim wrażeniem, od
kiedy pierwszy raz miałem okazję ich spróbować u Agaty Wojdy w Opasłym. W tym
roku już także goście na Zamku odwiedzając naszą restaurację będą mogli napić
się tych wspaniałych soków. Były kozie sery od Kaszubskiej Kozy - życzliwość i profesjonalizm
właściciela i serowara Pana Tomka urzekła już niejedno podniebienie. Kozia
Rura, Pija Koza czy też wędzony kozi ser o nazwie Kozi Dymek - wszystkie już za
chwilę zagoszczą na stałe w naszej restauracji. Były także owcze i krowie sery
z Ranczo Fronteria z Sorkwit, które już od kilku lat goszczą na Zamku w
Malborku. Warto przy okazji wspomnieć, że bracia Krzyżacy lubili pojeść sobie sera, na co dowody znajdujemy w
zapiskach Podskarbiego Malborskiego, a więc wierni 600-letniej tradycji nadal
będziemy częstować gości wybornymi serami. Mieliśmy okazję zachwycać się
również pastą orzechową, cukierkami z suszonych jabłek (Gęś Kałucka) i wyrobami
z gęsiny, masłem twarogami, śmietaną, ciasteczkami z mąki razowej, miodownikiem
i kajmakiem. Czy ktoś jeszcze pamięta kajmak? Sól z Ciechocinka robiła ogromną furorę. Ku
zdziwieniu odwiedzających kilku szefów kuchni toczyło zażartą dyskusję na temat
Soli z Ciechocinka. Sól ta jest gruba i szara, taka jak kiedyś, słona, ale o
posmaku lekko ziołowym. Dobrze, że wraca moda na gruba nieprzetworzoną sól, bo
zapominamy niestety jak prawdziwa sól powinna smakować.
W drugiej części festiwalu młodzi adepci sztuki kulinarnej
zmierzyli się w konkursie o chochlę Prezydenta Miasta Torunia w kategorii „zupy
ze starych ksiąg kucharskich”.
Młodzież uwijała się jak w ukropie. Była czernina, grochówka
zupa cytrynowa, migdałowa i rybna. Zwyciężyła zupa rybna, którą doceniono za
smak i trudność przygotowania. Chociaż niektórzy bracia kucharze byli zdania,
że jednak zupa cytrynowa powinna otrzymać laur ze względu na jej walory smakowe
i odwagę konkursowiczów w podjęciu takiego wyzwania. Pan Prezydent miasta
Torunia był pod ogromnym wrażeniem umiejętności młodych studentów sztuki
kulinarnej. Niedługo to właśnie oni będą karmić Torunian no i możliwe, że
również Pana Prezydenta.
Warto było pojechać do miasta Kopernika. Pokosztować wszystkich
tych pyszności. Postaramy się, aby goście w naszej restauracji mieli okazję
również zapoznać się i zachwycić tymi wspaniałymi smakami.
Dzięki uprzejmości Pani Anny Magdaleny Walczak mogę
podzielić się z Wami kilkoma zdjęciami z festiwalu:
Moi koledzy i koleżanki po fachu zastanawiają się nad nowymi
kulinarnymi trendami w gastronomi. Jeden z magazynów wyznaczył kulinarne trendy
na 2013. Ma być bliżej natury, rodzinnie, więcejlokalnych atrakcji
zamienionych w cośdojedzenia. Jedzenie ma być ciekawe i zrobione
z lokalnych produktów. Ma przyciągać ciekawym smakiem, zapachem i nazwą. Przyrestauracyjne ogródki, wędzarnie z własnymi produktami mają zachęcać i
zostawiać miłe wspomnienia na długi czas. Restauracyjne
delikatesy mają sprzedawać zamknięte w słoikach i butelkachsmaki dzieciństwa. Niepokojącą informacją
może być taka, że restauracje na prowincji będą częściej zamykane, a kucharze z małych
miast i miasteczek będę zasilalialbo
grono bezrobotnych, albo udadzą się do wielkich miast za pracą. Trudno się nie
zgodzić z taką opinią obserwując co się dzieje na moim lokalnym podwórku.
Pisałem już wielokrotnie o tym jak ważna jest atmosfera w
restauracji, jej wygląd, zapach i jedzenie. Ludzie wracają do restauracji nie
tylko dla jedzenia. Bardzo często ważniejszy nawet okazuje się cały anturaż, powrót do miłych wspomnień. Dotyczy
to nie tylko restauracji, ale także wyjątkowych miejsc. Takim miejscem bez
wątpienia jest Zamek w Malborku i jestem przekonany, że nasza restauracja świetnie
wpisuje się w cały klimat zamku. Piękno i potęga warowni nad Nogatem i dobre
jedzenie w Gothic Cafe dopełniają obrazu tego niezwykłego miejsca miejsca i współgrają ze sobą.
A co
by się stało, gdyby goście po świetniej i pouczającej wycieczce po Zamku, trafili do miejsca, które zamiast pochylać się nad tradycją, bogactwem regionu i historii wydało wojnę konwenansom i postawiło na szokowanie "nowoczesnością"?
Dotarły do mnie wieści o takich praktykach - świat malborskiej gastronomii nie jest w końcu taki wielki. Jednak nie dając wiary pogłoskom udałem się do jednej z restauracji
w mojej małej ojczyźnie posądzanej o zbyt "modernistyczne" podejście do tematu. Zaprosiłem nawet kilku znajomych, aby mogli tak jak
ja doświadczyć tego kulinarno-barmańskiego olśnienia. Lokalz hotelem, SPAwysoko oznaczony w firmamencie gwiazd
hotelowych. Jedzenie jak jedzenie - każdy ma swój gust i smak. Nic nas szczególnie nie zachwyciło, ale też szczególnie nie zaszokowało. Natomiast karta drinków okazała się prawdziwym mistrzostwem formy. Żadna nowojorska restauracja w swojej karcie
barowej nie ma takiej kombinacji i i tak ekscytującego drinka. Oczywiście mam
na myśli miejsca, które starają się utrzymywać na odpowiednim poziomie, szanują swoich gości i ich poczucie estetyki. Okazuje się, że w moim mieście można uraczyć się drinkiem o ekscytującej nazwie: SPERMA BARMANA... Drink to Malibu z wódką, a jeśli nie bawi Cię, Drogi Czytelniku ta nazwa, to znaczy że jesteś
wieśniakiem i nie znasz się na prawdziwej miksologii (jak nazywa się dział
kulinarny zajmujący się robieniemdrinków). Spytałem Food and Beverage menadżera (sądząc, że hotel ze SPA i taką ilością gwiazdek zatrudnia osobę
odpowiedzialną za ten kawałek restauracyjnego życia) kto dopuścił taki drink do
karty? Czy ktokolwiek z kierownictwa pomyślał, że to niesmacznei co najmniej nietaktowne? Wyobrażacie sobie
sytuację kiedy ktoś z gości pyta kelnera czy może polecić żonie jakiś słodki
drink? Kelner ubawiony do rozpuku poleca SPERMĘ BARMANA... Ale się ubawiłem! Już kilka dni nie mogę przestać się śmiać... Nadaremny
trud wszystkich, którzy budują wizerunek swoich lokali, miejsc, restauracji,
barów. Czego by nie zrobili, czegokolwiek byśmy nie ugotowali, jak bardzo
by to gościom nie smakowało to po tym magicznym drinku goście odwiedzający nasze miasto o niczym innym nie będą opowiadać
po powrocie do domu. Zapomną kiedy powstał Zamek, co jadali Wielcy Mistrzowie,
zapomną o Dino Parku, kolejce, zapomną nawet że byli nad morzem gdzie nabrali pięknej oliwkowej karnacji...
Przejaskrawiam? Pewnie trochę tak, ale czynię to z premedytacją. Trzeba mieć umiar w nazywaniu
potraw, czy drinków. Nie można tak bez refleksji kopiować nazw napitków serwowanych
w stodole, podczas sobotniej potańcówki gdzieś na dzikim zachodzie. Prowadzenie
biznesu restauracyjnego wymaga ogromnej wiedzy, ale i pewnej wrażliwości w
relacjach z drugim człowiekiem. Można podchodzić do karty dań w sposób nowoczesny, ale też warto chyba zastanowić się chwilę, zanim cały świat zacznie z niesmakiem spoglądać w naszą stronę i staniemy się wątpliwą atrakcją turystyczną.
Zmysły to jedne z najcenniejszych
darów jakie dostaliśmy od Boga. To dzięki nim możemy zobaczyć ośnieżony
dziedziniec Zamku w Malborku, zachwycić się smakiem cynamonu w pierniku, poczuć
zapach ulubionych perfum, posłuchać śpiewu ptaków nad jeziorem Studzienicznym. Zmysły to także łącznik miedzy
naszą przeszłością a teraźniejszością. To dzięki zmysłom mamy najwspanialsze
wspomnienia z przeszłości, z dnia poprzedniego, czy sprzed 2 minut. Czy zapach
wykrochmalonej pościeli nie przypomina nam Świąt Bożego Narodzenia? Zapach
wanilii przenosi nas w czasy dzieciństwa, kiedy to jako dzieci towarzyszyliśmy
mamie przy przygotowywaniu świątecznego ciasta. To dla zaspokojenia naszych wspomnień
o smakach i zapachach wychodzimy do restauracji, które miło nam się kojarzą, gdzie
zdarzyło nam się skosztować czegoś, co przypomniało nam dzieciństwo. To dlatego takim powodzeniem cieszą się miejsca, gdzie kucharki i kucharze przy
pomocy zapachu, smaku, wyglądu i dźwięku potrafią przenieść nas w lepszy,
bezpieczny świat młodości.
A co by się stało
gdybyśmy zostali pozbawieni zmysłów? Czy jesteśmy stanie wyobrazić sobie taką sytuację,
gdy jeden po drugim tracimy wszystkie zmysły? Czy można zachwycić się kolorem,
jeśli się go nigdy nie widziało? Jak ludzie niesłyszący odbierają muzykę? Czy
jako kucharz wyobrażam sobie utratę zmysłu węchu czy smaku? Czy mój zawód
straciłby wtedy sens? Jak wyglądałaby wówczas praca w restauracji? Czym
moglibyśmy oczarować gości i jak zachęcić do wejścia do środka?
Czy można wyobrazić
sobie, że cała ludzkość traci zmysły powonienia i smaku? Jak wyglądałby wtedy świat?
Czasami mam wrażenie, że to już się dzieje. Ludzie zapomnieli jak smakuje rosół,
chleb, kiszona kapusta czy powidła śliwkowe. Kupują "ekologiczną" kurę lub
przywożą ją ze wsi od zaprzyjaźnionego rolnika, gotują, gotują i na koniec wrzucają
do garnka kostkę rosołową, „bulionetkę” czy Bóg wie, co jeszcze. Zobaczyli to w
TV, były piękne kolorowe obrazy, a na koniec ktoś im powiedział, że to zdrowe i smaczne. Ludzie zachodu
stracili poczucie smaku i powonienia już dawno. Nie bez przyczyny ogromne,
idealnie piękne truskawki moczy się w czekoladzie. Nie tylko po to żeby ładnie
wyglądały, ale przede wszystkim po to, żeby były do zjedzenia, bo one już nie
pachną i nie smakują jak truskawki. Przyzwyczajamy się i godzimy się na
bezsmakowe jedzenie, aromat i kolor identyczny z naturalnym, wzmacniacze smaku
i zapachu. Obserwuję to na co dzień. Bywa, że do restauracji przychodzą Goście,
którym nie smakuje rosół, chleb, naleśniki z malinami i rabarbar, bo nie są
takie same jak te zaklęte w proszki, kostki i gotowe masy. Chleb tylko pachnie
i jest chrupiący, ale już tak samo nie smakuje.
Czy niedzielny obiad zrobiony naprędce
podany na ławie przy włączonym telewizorze, byle jak, z byle czego, byle było
szybko i łatwo nie wpływa na zaburzenie poczucia naszej estetyki, piękna, czy
poczucia więzi z najbliższymi? Cieszy mnie, że ludzie robią zdjęcia naszym
daniom. Sam też zachwycam się pięknie podanymi daniami, ale mam czasem
wrażenie, że to tęsknota za czymś, co już przemija. Że klasyczne poczucie
piękna proporcji, koloru, wyrazu zostało zastąpione masowo produkowaną papką: takimi
samymi talerzami produkowanymi i sprzedawanymi na całym świecie, takim samym
smakiem dostępnym pod każdą szerokością geograficzną. Dlaczego goście
zachwycają się talerzami z fabryki w Ćmielowie? Bo są piękne, inne, może przypominają
im dzieciństwo. Są jakieś harmonijne. Jedzenie podane na nich jakby wyglądało inaczej
i lepiej smakowało. Słuch to dźwięk, a dźwięk to głos. Czym byłoby gotowanie
bez dźwięku? Bez odgłosu pyrkającego rosołu w garnku, gotującego się kompotu w dużym
rondlu, czy pokrywki podskakującej na garnku z zupą?
I co najważniejsze - czym byłaby restauracja bez zgiełku rozmawiających
ludzi, bawiących się dzieci, brzęku porcelany, śmiechu? Nie wolno nam zapomnieć, o tym,
że to właśnie zmysły mogą prowadzić nas do kuchni doskonałej. A kuchnia może
być przedsionkiem dla wielkiej miłości.
To takie moje przemyślenia po
obejrzeniu filmu „Perfect Sense” (Ostatnia miłość na Ziemi). Ciekawy jestem
czym dla Was jest zmysł doskonały.
Tak się ostatnio składa że, często podróżuję na trasie Malbork - Warszawa. Mój brat jest
tak dobry, że zgadza się być moim kierowcą. Żeby rozwiać wszelkie wątpliwości - mam
prawo jazdy i konto w banku, ale po prostu kierownica nie jest moim
powołaniem. :-) Podróż jest kilkugodzinna, więc kierowca i pasażerowie powinni zrobić sobie czasem przerwę, zatrzymać się w miłym miejscu i coś dobrego zjeść.
W zeszłym tygodniu (już po raz kolejny) padło na
Austerię. Ładne miejsce. Ciekawa nazwa. Bardzo miła obsługa. Rudy
kot wielkości żbika przygląda się z zainteresowaniem gościom.
Kot miły i przyjacielsko nastawiony do dzieci. Zwierzę w restauracji
to bardzo dobry pomysł - czyni ją bardziej przyjacielską i trochę taką ... udomowioną . W środku ciepło. Tu nie chodzi tylko o ciepło, które emanuje od miłych pań kelnerek ale ciepło też w wymiarze temperatury w pomieszczeniu. Austeria wg. słownika to dawny zajazd, karczma,
gospoda. Nasza Austeria utrzymana jest w klimacie karczmy, gospody.
Klimat jest taki, że brakuje tam tylko starego Żyda. Miejsce jakby przeniesione z innej
czasoprzestrzeni i nie pasujące do czasów współczesnych, ale kiedy znajdziemy się w środku to okazuje się, że wszystko tam gra ze sobą i jest w
jakieś miłej harmonii. Dach kryty gontem, duże podwórze wygląda jakby
czekało na furmanki po piątkowym rynku, a środku kominek i fotel
bujany - miło i serdecznie. Smaczne, bardzo smaczne jedzenie za
każdym razem kiedy tam zaglądam. Kartacze, kałduny - jak byśmy tego nie
nazywali - pierwsza klasa! Jak wiecie wychowany w Grajewie na
kartaczach byłem i z cała odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że na tym daniu akurat znam się doskonale. Pyszne flaki. Szafa pełna wiktuałów. Polecam! Szczerze polecam!
Kilkadziesiąt
kilometrów dalej w Ostródzie jest Młyn pod Marjaszkiem. Ładnie
położony, w miejscu z dużą tradycją kulinarną, którą mam wrażenie ktoś
tam marnotrawi. Pierwszy raz w młynie byłem jakieś 10 lat temu. Kiedyś bywałem częściej - zawsze w
drodze powrotnej do Warszawy, po wizycie w rodzinnym domu mego
bliskiego kolegi, Młyn był śniadaniowym przystankiem w poniedziałkowe poranki. Moja bratowa, która pracowała kiedyś w Pasłęku, zachwycała się Młynem gdy przyjeżdżała do domu w weekendy. Chwaliła nie tylko architekturę, nietypową łazienkę ukrytą w starej szafie i piękny ogród, ale przede wszystkim jedzenie. Faustyna to straszny niejadek (no chyba, że na obiad są Michałki w dużych ilościach) więc tym bardziej wydawało mi się, że taka rekomendacja wiele znaczy. Niestety ... tamte
smaki już dzisiaj się nie powtórzą. Nie mam pojęcia co się stało.
Może kucharz się zmienił. Może właściciele maja już tyle
pieniędzy, że im się nie chce. Może myślą, że skoro młyn pozostał przy
drodze (inni nie mieli tyle szczęścia np. smażalnia ryb "Okoń") to i
tak ludzie zajadą. A może to sroga zima spowodowała, że jedzenie było
inne. A może cały potencjał pojechał do Gdyni do nowej restauracji. Zupa za 17 PLN była słaba. Cygański kociołek z
kiełbasą, która miałem wrażenie została po piątkowej imprezie,
nie zrobił wrażenia na moich współbiesiadnikach. I jeśli mój brat,
który absolutnie nigdy się nie czepia i zawsze mu wszystko smakuje
powiedział, że niedobre – to naprawdę było niesmaczne. Danie
dnia nie może być "przeglądem miesiąca". Rozumiem że pani kucharka gotuje, co jej właściciel każe, ale
... Drogi Właścicielu, zapewne spędzasz wakacje tu i tam, jadasz tu i
ówdzie... Danie dnia to nie resztki wrzucone do gara i zamieszane,
ale coś specjalnego (cena na to wskazywała), zrobionego specjalnie w
tym dniu z najlepszych produktów. Niestety takiego wrażenia nikt przy stole
nie odniósł. Pani kelnerka była mało zainteresowana gośćmi. Pierogi z
kaczką trochę ratowały sytuację, bo były smaczne, nawet bardzo smaczne. Herbata z pigwą - może być.
Ogólnie sprawę ujmując szału nie było. Tam raczej się już nie zatrzymam.
Ściany wylepione fotosami aktorów też jakoś mnie do tego nie przekonują. Miły
duży pies to najfajniejszy akcent. W środku fizycznie zimno. Zimno mimo rozpalonego kominka. W restauracji chłód od jedzenia i chłód od serwisu
to słaba zachęta do dłuższego posiedzenia. Szybko zjedliśmy i do
samochodu. Marjaszkowy Młyn nie ma gospodarza - to widać i to się czuje.
Dwie oberże na tej samej trasie - podobne, a takie różne.
Agata Wojda napisała mi niedawno w komentarzu na fb: „niezwykłą pracę wkładacie w
opowiadanie o Waszym Malborku...ja chyba nie znam drugiej tak
zaangażowanej całą sobą firmy, restauracji w zapraszaniu do
Siebie...podziwiam! Bardzo dużo życia macie w sobie i energii”.
To niezwykle miłe słowa i cenniejsze
tym bardziej, że napisane przez jedną z najbardziej utalentowanych szefowych kuchni w Polsce. A poza tym słowa uznania w naszej branży to
prawdziwa rzadkość. To co mamy i to gdzie jesteśmy jest zasługą
nas wszystkich, każdego po trochu i każdego inaczej.
Koniec roku do dobry czas na
podsumowania. W sierpniu minęło pięć lat naszego "panowania"
na Zamku w Malborku. Karmiliśmy gości najlepiej jak potrafiliśmy.
Gościliśmy ambasadorów, koronowane głowy, polityków i Wielkiego Mistrza z Jego dworem. Było różnie: i śmiesznie, i smutno.
Jak pisze poeta "TAK TO NA TYM BOŻYM ŚWIECIE TROSKA Z RADOŚCIĄ SIĘ
PLECIE".
Mamy szczęście do ludzi, ale też bardzo dbamy o naszych
gości, zabiegamy o nich. Zawsze witając gościa w drzwiach podkreślam, że czekałem właśnie na niego. Czy to nie jest coś, co chcielibyście usłyszeć odwiedzając jakieś miejsce, że czekali tam właśnie na Was?
Ostatnio obejrzałem ATLAS CHMUR i przymierzam się do przeczytania książki i jak zwykle widzę w tych opowieściach wiele odniesień do tego, co robię. Traktowanie gości, miejsca, twój
stosunek do jedzenia, ludzi, sytuacji w przeszłości będzie miał
wpływ na twoją teraźniejszość i przyszłość. Doświadczamy
tego jako restauracja każdego dnia. Czy serce włożone w
upieczenie pierników, czy ugotowanie rosołu nie wpływa na dobre
samopoczucie naszych gości? Może smaki i aromaty naszej restauracji zostaną w czyjejś pamięci i będą miłym wspomnieniem z dzieciństwa, poszukiwanym, gdzieś na granicy rzeczywistości i marzenia...
Nie zrezygnowałem z żadnego ze
swoich marzeń. Ciągle marzę o wizycie inspektora, ale to nie
znaczy, że brak jego obecności zabije we mnie chęć zrywania wiosną
szyszek na nalewkę sosnową. Chociaż ... czasami nie mogę pozbyć się wrażenia, że już u nas był, tylko pan strażnik
go nie wpuścił, bo np. pan inspektor nie miał biletu, a panu
strażnikowi nie chciało się zadzwonić do restauracji żeby ktoś
dostojnego gościa odebrał z bramy... Ale nie... raczej niemożliwe... Nie sądzę żeby pan inspektor nie miał biletu... Zamek obejrzeć trzeba bez względu na powód odwiedzin w Malborku. Zamek i Gothic Cafe połączone są w szczególny sposób i chciałbym wierzyć, że ta symbioza będzie się jeszcze pogłębiać.
Ciągle się uczę, poznaję. Moim najnowszym odkryciem i zachwytem są polskie sery
zagrodowe. Chociaż usłyszałem, że na temat serów mam się nie
wypowiadać, bo się nie znam. Cóż... z gustem jak z tyłkiem - każdy ma
swój.
Lubię pogwarzyć z Panią Szymanderską o polskiej tradycji
kulinarnej, o serach z Genem Mientkiewiczem (chyba najlepszym w Polsce specem od robienia serów). Lubię zjeść u Agaty mus chałwowy. Euchenia wypali specjalnie dla nas piękną porcelanę i uszyje
lalki, Grześ Łapanowski z entuzjazmem młodego rewolucjonisty na
rolach zjedzie cały Malbork i będzie (z czym się zgadzam) nawoływał
do kupowania od lokalnych dostawców. Pięć długich i lat: każdy dzień inny, każda pora roku inna, a tym co spina wszystko w
całość, jest miłość do tego miejsca, do ludzi których w tym miejscu i przez to miejsce poznałem. Ludzi, którzy pomogli mi przejść przez trudne momenty
życia, a dzisiaj czynią to miejsce wyjątkowym i do jedzenia.
Świąteczny sezon niech będzie okazją do
podziękowań za wszystko dobro które mnie i naszą restaurację
spotkało w przeszłości w teraźniejszości i co jeszcze nas spotka. Nowy Rok niech
będzie dla Was wszystkich i waszych bliskich jak Camino de
Santiago.
Na Zamku w
Malborku bardzo świątecznie. Zamek oprószony śniegiem wygląda, jak to oznajmiły
dzieci odwiedzające moją restaurację - BAJECZNIE.
Pachnie choinkami, piernikami i smażonym karpiem. Grzane wino
wprowadza naszych gości w radosny
nastrój. Kolędy przenoszą do lat dzieciństwa. Nie wiem, czy Wielcy Mistrzowie
tak pięknie celebrowali Boże Narodzenie, ale jestem przekonany, że gdziekolwiek teraz są, z dumą spoglądają na swój zamek i napełnia ich szczęściem to co
się tu w okresie Świąt Bożego Narodzenia dzieje.
Korzystając z tej niezwykłej
chwili pragnę podzielić się z wami wigilijnymi recepturami. Może ktoś z Was
wykorzysta, może się zainspiruje.
Radosnych Świąt Bożego Narodzenia! Smacznych, pachnących i zdrowych.Tego życzę Wam moi drodzy Goście i Czytelnicy, Waszym rodzinom i bliskim. Nowy Rok niech przyniesie Wam wiele
kulinarnych odkryć, a dla mnie niech przyniesie KitchenAid. :-)
Obrane i pokrojone w kawałki buraki i jarzyny, zalać 3l letniej przegotowanej
wody, tak aby wszystkie składniki były przykryte. Na wierzchu położyć kawałek
razowego chleba(przyśpiesza kwaszenie) Naczynie nakryć gazą i trzymać 5-6 dni w ciepłym miejscu, po
czym usunąć kożuch z wierzchu, a kwas
przelać do butelek. Kwas można przechowywać w chłodnym miejscu kilka miesięcy.
Umyte grzyby namoczyć na noc w wodzie, następnie ugotować i
odcedzić. Ugotować wywar z buraków i włoszczyzny. Przelać wywar przez sito i wymieszać z płynem z
grzybów. Dodać kwas buraczany w proporcjach 750 ml wywaru z 250 ml zakwasu.
Podgrzać barszcz do momentu wrzenia, ale nie dopuścić
do gotowania. Doprawić solą pieprzem i cukrem do smaku. Dodać kieliszek wina.
Tuz przed podaniem zetrzeć czosnek. Przelać przez sito z surowym utartym
burakiem. Podawać z uszkami z grzybów.
2. Zupa Migdałowa
250g
migdałów , kilka gorzkich migdałów, 1l mleka, 1 kora cynamonu, 2 łyżki do zupy
cukru brązowego, 50g rodzynek, 125g ryżu.
Ugotować
ryż na sypko. Migdały sparzyć , obrać ze
skórki. Ubić w moździerzu podlewając
wodą, żeby nie wytrącił się olej. Można zrobić to w blenderze z odrobiną wody.
Ubitą migdałową masę wymieszać z gorącym mlekiem zagotowanym razem z cynamonem. Dodać cukier, rodzynki i ryż . Zagotować i podawać z odrobiną cynamonu na wierzchu.
3. Kluseczki z grzybów
50g
suszonych grzybów, 3 łyżki do zupy mąki, 2 łyżka do zupy masła, mała cebula,
sól i pieprz do smaku.
Drobno
posiekaną cebulę oraz ugotowane i posiekane grzyby przesmażyć
na 1 łyżce masła. Żółtka rozetrzeć z pozostałą łyżką masła. Białka ubić na sztywną pianę . Grzyby, żółtka i mąkę dokładnie wymieszać.
Stopniowo dodawać pianę i delikatnie mieszać. Kłaść kluseczki małą łyżką na
słoną gotującą się wodę. Gotować ok 10 min. Podawać do wigilijnej zupy
grzybowej lub barszczu.
4. Krokiety z orzechów.
500g
gotowanych ziemniaków, średnia cebula, 100g łuskanych orzechów włoskich, 2
jajka, łyżka posiekanej pietruszki, sól, pieprz, 100 g mąki, tarta bułka do
panierowania i smażenia, olej lub masło do smażenia.
Ziemniaki
przepuścić przez praskę lub 2 razy zmielić, Dodać drobno posiekane orzechy.
Drobno posiekaną cebule zeszklić na maśle lub oleju wraz z natką pietruszki i 1
łyżką do zupy tartej bułki. Cebulkę wymieszać z ziemniakami i orzechami, dodać
jedno całe jajko. Dokładnie wymieszać. Doprawić sola i pieprzem. Formować małe
kotleciki. Panierować w mące, jajku i bułce. Smażyć na gorącym tłuszczu lub
maśle z każdej strony na rumiany kolor. Podawać z kapustą z grzybami lub jako osobne
danie z sosem grzybowym. (Zamiast orzechów można dodać twarogu.)
5. Pierożki z suszonymi śliwkami
Ciasto na pierożki :300 g maki,100 ml wrzątku, 1
łyżeczka do herbaty oleju.
Farsz ; 300g suszonych śliwek bez pestek, 1 łyżka do zupy
cukru, 1 jajko, szczypta soli, masło,
tarta bułka, cynamon, 1 łyżka brązowego cukru lub słodka śmietana do polania.
Umyte śliwki
namoczyć na noc, następnego dnia ugotować (wywar można wykorzystać do kompotu),
Śliwki wymieszać z cukrem i
rozetrzeć na masę. Zagnieść ciasto na
pierożki. Wycinać szklanką lub wg uznania kształty pierożków. Nafaszerować
pierożki śliwkowym nadzieniem. Pierożki gotować w osolonej wodzie. Podawać ze stopionym masłem, cynamonem, cukrem i
bułką tartą lub ze śmietaną.
6. Pstrąg w szałwii
4 pstrągi, 1
łyżka do zupy suszonej szałwii, lub 1 pęczek świeżej, sok z jednej wyciśniętej cytryny, sól, pieprz
masło do smażenia.
Oczyszczone
i umyte pstrągi natrzeć solą skropić
sokiem z cytryny, posypać pieprzem do smaku. Do brzucha każdej ryby włożyć kilka
listków szałwii. Ryby ułożyć na patelni z rozgrzanym masłem i smażyć po 5 min z każdej ze stron lub do momentu aż ryba będzie
upieczona. Podawać z masłem i gotowanymi ziemniakami.
7. Szczupak z jajkiem.
1kg
szczupaka, 3 jajka ugotowane na twardo, sól, pieprz, 3 łyżki do zupy masła, 1
pęczek posiekanej natki pietruszki.
Umytego i
oczyszczonego szczupaka natrzeć solą i pieprzem. Ułożyć w żaroodpornym naczyniu
wysmarowanym masłem. Obłożyć szczupaka kawałkami masła i wstawić do nagrzanego piekarnika 180C na 25 -30 min. Upieczoną rybę
ułożyć na półmisku. Obłożyć ziemniakami. Polać masłem z pieczenia. Posypać
posiekanymi jajkami i posiekaną
pietruszką.
8. Sandacz korzenny po Lwowsku
1kg
sandacza, 125g tartego chrzanu, 2 duże cebule posiekane, 2 cytryny, 10 ziaren pieprzu, 2 ziarna ziela angielskie, 3
goździki, 2 łyżki suszonej bazylii, lub pęczek świeżej, sól do smaku, 2 łyżki
do zupy masła.
Utłuc w
moździerzu pieprz, ziele i goździki. Oczyszczonego i umytego sandacza pociąć
na dzwonka. Natrzeć solą i bazylią.
Odstawić na 1 godz. Żaroodporne naczynie wysmarować masłem. Układać kawałki sandacza i posypywać korzeniami i chrzanem. Obłożyć plastrami obranej cytryny
i cebuli. Na koniec obłożyć masłem
przykryć folią. Wstawić do
piekarnika rozgrzanego do 180 C piec przez
20-25 min. Podawać z ziemniakami
i kiszoną kapustą.
Oczyszczoną
i umytą rybę obrać ze skóry i ości. Z włoszczyzny, cebuli i resztek ryby
gotujemy wywar. Mięso z ryby, dwie cebule mielemy w maszynce. Dodajemy, sól pieprz, tartą bułkę i całe jajka,
dokładnie mieszamy. Formujemy małe zraziki, obtaczamy w mące i wkładamy do
rondla. Dokładamy resztę pokrojonej w plastry cebuli. Zalewamy do 1/3
wysokości zrazików wywarem. Gotujemy 30
min. Wyjmujemy z rondla, układamy na półmisku i zalewamy przetartym sosem.
Umytego i
oczyszczonego łososia obrać z ości. Pokroić na małe kawałki i posolić. Ugotować
wywar z włoszczyzny, resztek łososia w niewielkiej ilości wody, tak aby
otrzymać bardzo esencjonalny wywar.
Umyte, obrane i pokrojone w plastry
pieczarki wraz z kawałkami ryby
układamy w rondlu. Zalewamy do 1/3
wysokości ugotowanym wywarem i gotujemy na małym ogniu 20 min. Robimy zasmażkę
z masła i mąki rozprowadzamy śmietanę, dodajemy paprykę, posiekaną pietruszkę.
Doprawiamy cytryną i pikantnym sosem chilli. Sos wlewamy do ryby i pieczarek
Delikatnie mieszamy, doprawiamy do smaku i gotujemy na małym ogniu ok 3 min.
Podajemy z razowym chlebem i masłem.
Drobno
posiekaną cebule zeszklić na oleju. Namoczone na noc grzyby ugotować.
Odcedzić, przepuścić przez maszynkę razem ze szprotkami i cebulą. Dodać
koncentrat pomidorowy i dokładnie wszystko wymieszać. Dodać posiekane
korniszony. Doprawić pieprzem. Wymoczonego i obranego ze skóry śledzia pokroić
w małe kawałki. Wymieszać z sosem i
ciasno poukładać w słoju. Wstawić na 2-3 dni do chłodnego miejsca. Podawać z
marynowana papryką i posiekaną pietruszką.
Bardzo
dobrze utrzeć cukier z jajkami na gęstą białą masę. Wsypać przesianą przez sito mąkę. Dodajemy migdały oraz
kardamon. Długo i dokładnie ucieramy ok. 30 min. Blachę do pieczenia wykładamy
papierem do pieczenia. Ciasto przekładamy do rękawa cukierniczego. Wyciskamy
podłużne pierniczki. Wstawiamy blachę do rozgrzanego do 180C pieca. Pieczemy
pierniczki ok 10 min. Dbając żeby się upiekły a nie zżółkły. Uwaga: JEŚLI
NIE ZUŻYJEMY CAŁEGO CIASTA ZA JEDNYM RAZEM, NALEŻY CAŁY CZAS CIASTO UCIERAĆ.
Receptury są inspirowane książką Pani
Hanny Szymanderskiej POLSKA WIGILIA